Cel pierwszy. Bóg.

 


Gdy ktoś pyta mnie o cele w życiu, często spodziewa się odpowiedzi dotyczącej pracy, rodziny, podróży czy marzeń. To wszystko jest ważne. Ale jest coś, co od zawsze stoi ponad tym wszystkim.

Moim pierwszym celem jest Bóg.

Nie dlatego, że jest to dobrze brzmiąca odpowiedź. Nie dlatego, że „tak wypada”. Ale dlatego, że odkąd pamiętam, każdą ważniejszą decyzję, każdy plan i każde marzenie próbuję odnosić właśnie do Niego. Zadaję sobie pytanie: czy to prowadzi mnie bliżej Boga? Czy to pomaga mi stawać się lepszym człowiekiem? Czy jest zgodne z tym, co noszę w sercu?

To nie jest cel, który można kiedyś odhaczyć na liście. To cel na całe życie. Droga, która nigdy się nie kończy.

Patrząc wstecz, widzę, że Bóg był obecny w moim życiu dużo wcześniej, zanim sama potrafiłam to nazwać.

Już jako dziecko miałam w sobie wiele pytań i przemyśleń. Zastanawiałam się nad tym, kim jest Bóg, jak działa i dlaczego czasem czuć Jego obecność tak wyraźnie, a czasem trzeba jej cierpliwie szukać. Nie były to wielkie rozważania teologiczne. Raczej dziecięca ciekawość, która z biegiem lat nie zniknęła, tylko dojrzewała razem ze mną.

Jest też jedno wspomnienie, które zostało ze mną do dziś.

Byłam jeszcze dzieckiem, na pielgrzymce w Piekarach Śląskich. W pewnym momencie zostałam sama. Nagle podeszła do mnie starsza kobieta. Bez żadnego wstępu uśmiechnęła się, wręczyła mi różowy różaniec i odeszła. Kiedy po chwili chciałam jeszcze na nią spojrzeć, nie było jej nigdzie. Jakby po prostu zniknęła.

Do dziś mam ten różaniec.

Nie wiem, kim była ta kobieta. Być może była po prostu życzliwą osobą. A może Bóg posłużył się nią w sposób, którego nigdy do końca nie zrozumiem. Nie szukam sensacji ani niezwykłych wyjaśnień. Wiem tylko, że tamto wydarzenie głęboko zapisało się w moim sercu.

Co ciekawe, nigdy nie byłam osobą, która szczególnie lubi formalne modlitwy. Zdecydowanie bliższa jest mi rozmowa z Bogiem szczera, spontaniczna, własnymi słowami. Taka, w której mogę powiedzieć Mu wszystko, bez gotowych formuł. A jednak właśnie różaniec został ze mną na wszystkie te lata. Jest dla mnie symbolem tamtego spotkania i przypomnieniem, że Bóg często działa przez małe, zwyczajne gesty, których znaczenie odkrywamy dopiero po latach.

Moja wiara przez lata bardzo się zmieniała. Były pytania, chwile zwątpienia, momenty zachwytu i momenty ciszy. Dzisiaj nie powiedziałabym, że doszłam do celu. Powiedziałabym raczej, że każdego dnia uczę się iść tą drogą coraz bardziej świadomie.

Dojrzała wiara nie polega na tym, że zna się odpowiedź na wszystko. Polega na tym, że ufa się nawet wtedy, gdy nie wszystko jest jasne. Że szuka się Boga nie tylko w kościele, ale także w codzienności, w ludziach, w pracy, w radościach i trudnościach.

Dlatego Bóg jest pierwszym celem na mojej liście.

Bo wszystkie pozostałe cele mają sens tylko wtedy, gdy nie oddalają mnie od tego najważniejszego. Kariera, sukces, rozwój, relacje, podróże i wszystko to może być piękne. Ale chcę, aby każde z tych działań prowadziło mnie do większej miłości, większej pokory i większego zaufania Bogu.

Nie chcę żyć tylko dla kolejnych osiągnięć, odhaczonych punktów czy sukcesów, które z czasem przeminą. Chcę żyć tak, aby każda decyzja, każdy sukces i każda porażka przybliżały mnie do Boga. To właśnie do Niego chcę odnosić wszystkie swoje działania, bo wierzę, że tylko wtedy moje życie ma prawdziwy kierunek.

To jest jedyny cel, którego nie da się zrealizować raz na zawsze. Nie kończy się wraz z odhaczeniem go na liście. Trwa przez całe życie i głęboko w to wierzę, również poza nim.

Nie wiem, dokąd dokładnie zaprowadzi mnie ta droga. Wiem jednak jedno.

To właśnie Bóg jest moim pierwszym celem.


Komentarze