Właściwie odkąd pamiętam, żyję w permanentnym stresie. Zawsze jest coś do zrobienia, coś do załatwienia, coś, czym trzeba się przejąć. A jeśli akurat — jakimś cudem — nic się nie dzieje, mój mózg potrafi przecież znaleźć sobie powód do stresu. Żeby przypadkiem nie wyjść z wprawy.
I przez długi czas wydawało mi się, że tak po prostu wygląda dorosłe życie.
Obowiązki. Terminy. Problemy. Praca. Dom. Ludzie. Myśli zaczynające się od „a co, jeśli…?”. Wieczne analizowanie tego, co było, co będzie i co mogłoby się wydarzyć w alternatywnej rzeczywistości, która istnieje wyłącznie w mojej głowie.
Tylko że permanentny stres nie jest oznaką tego, że jesteśmy wyjątkowo zajęci, ambitni i ważni. Jest po prostu zabójczy. Odbiera energię, radość, spokój i sprawia, że nawet wtedy, kiedy teoretycznie odpoczywamy, w środku nadal biegniemy maraton.
Dlatego bardzo spodobał mi się pomysł, żeby przez tydzień świadomie szukać prostych sposobów na obniżenie poziomu stresu. Bez wyjazdu na Bali, bez rzucania pracy i bez przeprowadzki do chatki w środku lasu. Chociaż nie ukrywam — ta ostatnia opcja czasami brzmi wyjątkowo kusząco.
Okazuje się, że pomocne mogą być rzeczy zupełnie zwyczajne.
Pogłaskać psa. Przytulić się do zwierzaka i przez dziesięć minut nie robić absolutnie nic produktywnego. Pójść do lasu i pozwolić głowie trochę ucichnąć. Sięgnąć po książkę zamiast kolejny wieczór spędzić przed ekranem. Zadzwonić do kogoś, z kim od dawna coś nam ciąży, zamiast prowadzić z tą osobą pięćdziesiątą wyimaginowaną rozmowę podczas brania prysznica.
I wreszcie — odpocząć.
Tak po prostu.
Bez poczucia winy.
Bo odpoczynek nie jest nagrodą za doprowadzenie się do skrajnego wyczerpania. Nie trzeba najpierw zrobić wszystkiego, odpowiedzieć wszystkim, posprzątać całego świata i rozwiązać problemów ludzkości, żeby zasłużyć na chwilę dla siebie. Zresztą umówmy się: lista rzeczy do zrobienia i tak prawdopodobnie nigdy się nie skończy. Gdy skreślimy trzy punkty, w magiczny sposób pojawi się siedem kolejnych. Taki cud dorosłości.
Coraz bardziej dociera do mnie, że trzeba nauczyć się korzystać z życia w trakcie, a nie czekać na jakiś mityczny moment, kiedy wszystko będzie zrobione, poukładane i spokojne.
Bo ten moment może nie nadejść.
Zawsze znajdzie się jakiś problem. Jakiś rachunek. Termin. Telefon. Obowiązek. Ktoś, kto czegoś od nas chce. I jeśli będziemy odkładać życie na później, możemy któregoś dnia odkryć, że bardzo długo byliśmy zajęci wszystkim… poza samym życiem.
Dlatego chcę częściej chodzić na spacery. Czytać. Śmiać się. Spotykać z ludźmi, przy których dobrze się czuję. Odpoczywać, zanim organizm sam brutalnie zarządzi przerwę techniczną. Czasem położyć się na kanapie i nie tłumaczyć przed samą sobą, dlaczego właśnie nic nie robię.
Chcę też pamiętać, że nie każda sprawa jest katastrofą, nie każdy problem wymaga natychmiastowego rozwiązania i naprawdę nie wszystko musi być zrobione na już.
Życie jest za krótkie, żeby przeżyć je całe z zaciśniętymi zębami i napiętymi ramionami.
Więc jeśli podobnie jak ja od lat działacie głównie na stresie, kawie i magicznym „jeszcze tylko to zrobię i odpocznę”, to może czas zmienić kolejność.
Najpierw trochę pożyć.
A potem zobaczymy, co jeszcze było takie strasznie pilne.
Komentarze
Prześlij komentarz