Trzy lata. Tyle minęło od moich wyjątkowych, trzydziestych urodzin. Kiedy dziś wracam myślami do tamtego dnia i do tekstu, który wtedy napisałam, uderza mnie przede wszystkim jedno jak wiele może wydarzyć się w zaledwie kilka lat. Jak bardzo człowiek może się zmienić, jak mogą zmienić się jego priorytety, marzenia, ludzie wokół, plany, sposób patrzenia na siebie i na przyszłość. A przecież wtedy wydawało mi się, że trzydziestka jest jakąś ogromną granicą. Dzisiaj patrzę na nią jak na jeden z wielu punktów na drodze. Ważny, wyjątkowy, symboliczny, ale zdecydowanie nie końcowy. I właśnie dlatego jeszcze mocniej niż trzy lata temu uważam, że warto obchodzić urodziny.
Kiedy miałam około dwudziestu lat, kolejne urodziny wcale mnie nie cieszyły. Wręcz przeciwnie. Zaczęłam obsesyjnie patrzeć na czas. Spisywałam rzeczy, które muszę zrobić najpóźniej do określonego wieku, bo wydawało mi się, że później będzie już za późno. Patrzyłam na innych ludzi i porównywałam ich życie ze swoim. Kto ma mieszkanie? Kto zrobił karierę? Kto ma rodzinę? Kto zarabia więcej? Kto wygląda lepiej? Kto „zdążył”, a ja jeszcze nie? Dzisiaj widzę, jak bardzo można się w tym zgubić. Społeczeństwo bardzo łatwo tworzy nam w głowie obraz człowieka idealnego. Masz być piękna, wysportowana, wykształcona, mieć świetną pracę, własny dom, związek, dzieci, pieniądze, pasje, podróże, a przy tym zawsze wyglądać młodo, być wypoczęta i jeszcze najlepiej uśmiechać się tak, jakby nic nie kosztowało Cię najmniejszego wysiłku. I kiedy zaczynamy wierzyć, że naprawdę musimy spełnić wszystkie te punkty przed określoną datą, kolejne urodziny zamiast świętem stają się terminem rozliczenia.
Ja też tak miałam. Były urodziny, które przepłakałam, bo moje życie nie przypominało tego, co kiedyś sobie rozpisałam. Był czas, kiedy każdy kolejny rok odbierałam niemal jak porażkę. Zamiast myśleć: „kolejny rok życia”, myślałam: „kolejny rok minął, a ja jeszcze…”. Dopiero później zaczęłam rozumieć, że życie nie jest harmonogramem. Nie jesteśmy projektami do wykonania przed trzydziestką. Nie jesteśmy listą osiągnięć, którą ktoś kiedyś sprawdzi i wystawi nam ocenę. Każdy dojrzewa w innym czasie. Każdy czegoś potrzebuje, żeby zrozumieć siebie. Każdy czasami zmienia drogę.
U mnie bardzo ważnym momentem był rok 2019. Wtedy zaczęłam naprawdę zmieniać swoje życie. Spisywałam cele, wady, zalety, rzeczy, które chcę zostawić za sobą. Zaczęłam mocniej interesować się psychologią, zmieniłam pracę, wyszłam za mąż, całkowicie zrezygnowałam z używek. Tamten okres traktowałam wręcz jak pewnego rodzaju duchowe narodziny. I przez kolejne lata pracowałam nad sobą, aż przyszła trzydziestka. Okrągła data, której kiedyś tak bardzo się bałam.
9 maja 2023 roku skończyłam trzydzieści lat. I ku własnemu zaskoczeniu nie chciałam już uciekać przed czasem. Chciałam świętować. Chciałam potraktować ten dzień jak symboliczną granicę między tym, co za mną, a wszystkim, co jeszcze może nadejść. Dzień wcześniej zamykałam stare sprawy, odbywałam trudne rozmowy, kończyłam rzeczy, które chciałam zostawić po poprzedniej stronie. A rano pomyślałam: zaczyna się kolejny rozdział.
To właśnie wtedy pojawiła się we mnie bardzo silna myśl, którą nadal chcę przekazywać dalej: nie wstydźmy się urodzin. Nie ukrywajmy panicznie swojego wieku. Nie traktujmy kolejnej cyfry jak dowodu, że coś nam ucieka. Urodziny oznaczają przede wszystkim, że dostaliśmy kolejny rok. Przyszliśmy kiedyś na świat i nadal tutaj jesteśmy. To naprawdę jest powód do świętowania.
Dlatego w tamtym tekście napisałam kilka rzeczy, które moim zdaniem warto zrobić w urodziny. I trzy lata później właściwie podpisałabym się pod nimi jeszcze mocniej.
Po pierwsze — jeśli możesz, obchodź swoje urodziny również w faktyczny dzień. Nie wszystko musi zostać przesunięte na sobotę tylko dlatego, że urodziny wypadają we wtorek czy środę. Oczywiście weekend jest wygodniejszy na imprezę, ale sam dzień urodzin też zasługuje na to, żeby czymś się różnił. Jeżeli masz możliwość wzięcia wolnego — zrób to. Jeśli nie możesz, zaplanuj choć kilka godzin tylko dla siebie. To nie musi być wielka wyprawa. Chodzi o to, żeby ten dzień nie przemknął niezauważony pomiędzy pracą, zakupami, praniem i bezmyślnym przewijaniem telefonu.
Po drugie — zrób tego dnia coś inaczej niż zwykle. Wyróżnij go. Nie chodzi o to, żeby wydawać fortunę czy organizować wydarzenie życia. Chodzi o intencję. Możesz pojechać w miejsce, które od dawna chciałaś zobaczyć. Pójść do restauracji, którą odkładałaś „na kiedyś”. Kupić bilet do teatru. Zrobić sobie całodniowy spacer. Umówić masaż. Pojechać gdzieś sama. Albo zostać w domu, zamówić ulubione jedzenie i przez cały dzień robić dokładnie to, na co masz ochotę. Jeżeli właśnie taki spokój jest dla Ciebie luksusem — niech to będzie Twoje świętowanie. Ważne, żebyś wieczorem wiedziała, że ten dzień był trochę inny.
Po trzecie — zaplanuj go wcześniej. To jedna z tych prostych rzeczy, które naprawdę zmieniają dużo. Jeżeli w dniu urodzin dopiero zaczynasz się zastanawiać, co właściwie chciałabyś zrobić, może się okazać, że nie ma miejsc, bilety są wyprzedane, znajomi mają inne plany, a połowę dnia spędzisz na zastanawianiu się, co ze sobą zrobić. Urodziny pojawiają się co roku w tym samym terminie. Można się do nich przygotować. I sama ta perspektywa oczekiwania na coś miłego jest częścią przyjemności.
Po czwarte — daj sobie rano chwilę samotności. To jest chyba jeden z punktów, który po tych trzech latach czuję jeszcze mocniej. Nie zaczynaj dnia od stu powiadomień. Niech pierwsze minuty należą do Ciebie. Ja w swoje trzydzieste urodziny wstałam bardzo wcześnie i długo medytowałam. Wracałam myślami do tego, co się wydarzyło. Przepraszałam — również samą siebie — za pewne rzeczy. Dziękowałam za to, co dobre. Myślałam o ludziach, wydarzeniach i doświadczeniach, które mnie ukształtowały. I próbowałam wejść w kolejny rok z wdzięcznością, zamiast z pretensjami do siebie o to, czego jeszcze nie zrobiłam. Dzisiaj powiedziałabym: usiądź rano z kawą, herbatą, świeczką, zeszytem. Nie musisz medytować dwie godziny. Piętnaście spokojnych minut też wystarczy. Zapytaj siebie: co wydarzyło się od poprzednich urodzin? Co było najpiękniejsze? Co bolało? Z czego jestem dumna? Czego się nauczyłam? Co chcę zabrać ze sobą dalej, a czego już nie?
Po piąte — pozwól ludziom złożyć Ci życzenia. Kiedyś bardzo modne stało się usuwanie daty urodzin z mediów społecznościowych i sprawdzanie, kto „naprawdę pamięta”. Ja widzę to dziś inaczej. Nie róbmy ze swoich urodzin testu dla znajomych. Ludzie mają swoje życie, pracę, dzieci, problemy, dziesiątki dat w głowie. Czasem przypomnienie w telefonie czy na portalu społecznościowym sprawia po prostu, że ktoś zatrzyma się na chwilę i do nas napisze. I co w tym złego? Daj sobie choć raz w roku być zauważoną. Przyjmij dobre słowo. Przyjmij telefon. Przyjmij wiadomość od kogoś, z kim dawno nie rozmawiałaś. To nie jest próżność. Człowiek potrzebuje ludzi. Potrzebuje czuć się częścią społeczności. Potrzebuje czasami usłyszeć: dobrze, że jesteś.
Po szóste — spisz cele. Właśnie podczas moich trzydziestych urodzin powstała lista 100 celów, która później stała się początkiem całego cyklu. I do dziś uważam, że urodziny są fantastycznym momentem na takie ćwiczenie. Nie dlatego, żeby zrobić ze swojego życia korporacyjny plan pięcioletni i denerwować się później, że czegoś nie odhaczyliśmy. Chodzi o zadanie sobie pytania: czego ja właściwie jeszcze chcę? Dokąd chcę pojechać? Czego się nauczyć? Co przeżyć? Co stworzyć? Jakich ludzi mieć wokół? Jak chcę się czuć? Co chcę zmienić? Czego spróbować choć raz? Jaką osobą chcę być?
Po trzech latach widzę jeszcze coś. Cele też się starzeją. Niektóre marzenia sprzed kilku lat pozostają równie ważne. Inne zupełnie straciły znaczenie. Niektóre osiągnęłam. Do części nadal zmierzam. Przy innych być może kiedyś napiszę: „już tego nie chcę”. I to również jest rozwój. Lista celów nie jest umową podpisaną z dawną wersją siebie. Ma inspirować, a nie więzić.
Po siódme — daj sobie prezent. Tak, sama sobie. Nie czekaj, aż ktoś domyśli się, czego chcesz. Nikt nie zna Cię lepiej niż Ty sama. Ja na trzydzieste urodziny chciałam coś pamiątkowego i wybrałam biżuterię ze szmaragdami, które uwielbiam. Ale prezent wcale nie musi być drogi. To może być książka. Perfumy. Obraz. Sukienka. Roślina. Wyjazd. Piękny wazon. Cokolwiek, co za kilka lat zobaczysz i pomyślisz: „kupiłam to sobie na trzydzieste trzecie”, „na trzydzieste piąte”, „na czterdzieste”. Lubię przedmioty, które mają swoją historię. Przestają wtedy być tylko rzeczami.
Po ósme — stwórz wspomnienie. To może być jeden z najważniejszych punktów. Pieniądze można zarobić ponownie. Przedmioty czasami się niszczą. Ale niektóre wspomnienia zostają w nas przez kilkadziesiąt lat. Zrób coś, co za kilka miesięcy albo kilka lat nadal przywoła uśmiech. Nie musisz skakać ze spadochronem ani lecieć na drugi koniec świata. Może wystarczy jedna wyjątkowa kolacja. Zdjęcie z mamą. Spacer o świcie. Noc w pięknym hotelu. Koncert. Piknik. Wyjazd za miasto. Chodzi o to, żeby kiedyś móc powiedzieć: „pamiętam moje trzydzieste trzecie urodziny”.
Po dziewiąte — trochę się rozpieszczaj. Na co dzień jesteśmy pełni zakazów. Nie jem tego. Nie wydaję na to. Nie piję. Nie siedzę do późna. Pilnuję kalorii. Pilnuję budżetu. Pilnuję obowiązków. Pilnuję wszystkiego. W urodziny możesz trochę odpuścić. Oczywiście nie chodzi o robienie czegoś, co Ci zaszkodzi. Chodzi o symboliczne zdjęcie z siebie codziennego rygoru. Zjedz tort. Załóż coś odważniejszego. Zamów deser. Kup kwiaty. Pójdź spać później. Tańcz. Przez jeden dzień nie musisz być projektem samodoskonalenia. Możesz po prostu cieszyć się życiem.
Po dziesiąte — nie spędzaj całego dnia zupełnie sama, jeżeli masz obok siebie kogoś bliskiego. Nawet jeśli nie lubisz dużych imprez, zaproś jedną osobę. Pójdźcie na kawę. Zjedzcie kolację. Porozmawiajcie. Opowiedz o swoich planach, o tym, czego się boisz, czego chcesz, co wydarzyło się przez ostatni rok. Czasami wypowiedzenie marzeń na głos sprawia, że zaczynają wydawać się bardziej realne.
A później może przyjść weekend i drugi rodzaj świętowania.
Tutaj nadal uważam, że najważniejsza zasada brzmi: zaproś ludzi, których naprawdę lubisz. Nie tych, których „wypada”. Nie ludzi potrzebnych do liczby. Nie osoby, które mają dobrze wyglądać na zdjęciu. Nie znajomych, przy których cały wieczór będziesz kontrolować, czy przypadkiem ktoś nie zrobi dramatu. Na swoją trzydziestkę, mimo że znałam bardzo wiele osób, ostatecznie świętowałam w naprawdę niewielkim gronie. I właśnie dzięki temu czułam się dobrze. Mogłam z każdym porozmawiać. Atmosfera była lekka i przyjazna. Nie potrzebowałam tłumu, żeby poczuć, że ten dzień jest ważny.
Z wiekiem coraz bardziej rozumiem tę zasadę. Liczba ludzi wokół nas niewiele znaczy. Ważniejsze jest to, przy ilu z nich możemy naprawdę odetchnąć. Z iloma możemy siedzieć przy jednym stole i nie zastanawiać się, kim dzisiaj powinniśmy być. Urodziny są dobrym momentem również na taki mały test własnych relacji: z kim naprawdę chcę wejść w kolejny rok mojego życia?
Jeżeli organizujesz imprezę, warto też pamiętać o innych. Tak, jesteś jubilatką i oczywiście masz się dobrze bawić, ale dobra impreza to taka, na której dobrze czują się również goście. Nie każdy lubi wysokość, basen, wielogodzinne tańce, alkohol czy wielki tłum. Warto dopasować pomysł do ludzi, których zapraszamy, pomyśleć wcześniej o jedzeniu, zapytać o dietę, alergie czy inne potrzeby. Zaskakująco często właśnie takie drobiazgi sprawiają, że później wszyscy wspominają spotkanie jako naprawdę udane.
I nadal jestem zwolenniczką mówienia wprost o prezentach. Jeżeli niczego nie chcesz — powiedz. Jeżeli zbierasz na coś konkretnego — też możesz powiedzieć. Jeżeli zamiast kwiatów wolisz książkę albo wpłatę na wybrany cel, nie ma w tym nic złego. Dorośli ludzie nie muszą urządzać wokół prezentów gry w zgadywanie. Jasna komunikacja oszczędza niezręczności obu stronom.
A później baw się. Naprawdę się baw. Nie spędzaj własnych urodzin na kontrolowaniu, czy każdy ma pełny kieliszek, czy dekoracje stoją idealnie, czy ktoś zrobił wystarczająco dobre zdjęcie i czy wszystko wygląda jak na Instagramie. Nie jesteś menadżerką wydarzenia — jesteś jubilatką. Tańcz. Rozmawiaj. Śmiej się. Rób zdjęcia, ale czasami odłóż telefon. Patrz na ludzi. Zapamiętaj ich twarze. Zapamiętaj muzykę, zapach, pogodę, drobne zdania, które ktoś powiedział. Za kilka lat właśnie takie szczegóły mogą okazać się najcenniejsze.
I tutaj dochodzę do rzeczy najważniejszej. Najważniejszej trzy lata temu i chyba jeszcze ważniejszej dzisiaj.
Nie można żyć tylko od urodzin do urodzin.
Ten jeden dzień może być wyjątkowy. Możemy zrobić sobie prezent, założyć najlepszą sukienkę, usłyszeć sto życzeń, pić szampana, tańczyć i przez kilka godzin czuć się jak królowa świata. Ale jeśli następnego ranka wracamy do życia, którego nie znosimy, ludzi, którzy nas niszczą, pracy, która odbiera nam całą energię, i codzienności, w której nie znajdujemy ani jednej rzeczy dającej radość, to nawet najpiękniejsze urodziny niewiele zmienią.
Każdy dzień jest małą cegiełką. To zdanie nadal jest mi bardzo bliskie. Z tych zwyczajnych poniedziałków, środowych poranków, listopadowych wieczorów, zakupów, treningów, rozmów, decyzji, spacerów, pracy, odpoczynku i chwil z bliskimi powstaje ostatecznie całe życie. Nie tylko z wielkich wydarzeń.
Trzy lata po trzydziestce widzę to wyjątkowo mocno.
Przez trzy lata może zmienić się prawie wszystko. Możesz zmienić zdanie. Możesz pokochać rzeczy, których kiedyś nie rozumiałaś. Możesz stracić zainteresowanie czymś, o czym kiedyś marzyłaś. Możesz spotkać nowych ludzi i pożegnać starych. Możesz podjąć decyzję, której dawniej nigdy byś nie podjęła. Możesz być silniejsza w jednym miejscu i bardziej wrażliwa w drugim. Możesz odkryć, że osiągnięcie celu wcale nie daje takiego szczęścia, jak zakładałaś, a zupełnie nieplanowane wydarzenie staje się początkiem najpiękniejszej historii.
Każdy rok coś przynosi.
I właśnie to fascynuje mnie teraz najbardziej.
Kiedy kończyłam trzydzieści lat, patrzyłam w przyszłość i zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje życie za trzy lata. Dzisiaj stoję po drugiej stronie tego pytania. Wiem już, co wydarzyło się przez te trzy lata, a jednocześnie znowu patrzę przed siebie i nie mam pojęcia, co przyniosą następne.
I bardzo dobrze.
Kiedyś niewiedza mnie przerażała. Chciałam mieć harmonogram. Chciałam wiedzieć: najpierw wydarzy się A, później B, potem C. Chciałam upewnić się, że „zdążę”. Dzisiaj coraz bardziej lubię świadomość, że życie wciąż może mnie zaskoczyć.
Mam przed sobą jeszcze tyle rzeczy.
Tyle miejsc, których nie widziałam.
Tyle ludzi, których jeszcze nie spotkałam.
Tyle rozmów, których nie odbyłam.
Tyle pomysłów, które jeszcze nie przyszły mi do głowy.
Tyle celów, których jeszcze nawet nie zapisałam.
Tyle wersji siebie, których jeszcze nie znam.
I dlatego dzisiaj, trzy lata po tamtych wyjątkowych urodzinach, powiedziałabym chyba jeszcze mocniej niż wtedy:
obchodź swoje urodziny.
Nie dlatego, że masz udowodnić światu, jak świetnie się bawisz.
Nie dlatego, że trzeba zrobić imprezę.
Nie dlatego, że tort, balony i zdjęcia są obowiązkowe.
Obchodź je dlatego, że jesteś.
Zatrzymaj się raz w roku i zauważ własne życie. Pomyśl o tym, skąd przyszłaś. Zobacz, ile już przeszłaś. Podziękuj sobie za to, że dałaś radę z rzeczami, o których nikt poza Tobą nie wie. Przypomnij sobie ludzi, którzy byli przy Tobie. Zastanów się, czego nauczył Cię ostatni rok. Spisz marzenia. Daj sobie prezent. Zrób coś trochę szalonego albo przeciwnie — podaruj sobie święty spokój. Przyjmij życzenia. Zjedz tort. Zrób zdjęcie. Pocałuj kogoś, kogo kochasz. Powiedz komuś, że cieszysz się, że jest przy Tobie.
A potem następnego dnia nie odkładaj życia na kolejne urodziny.
Bo czas naprawdę płynie.
Trzy lata temu pisałam te słowa z perspektywy kobiety, która właśnie skończyła trzydzieści lat. Dzisiaj wiem już, ile może wydarzyć się pomiędzy jednym tekstem a jego ponownym przeczytaniem. Ile człowiek może zrozumieć. Ile może zmienić. Ile może stracić, zyskać, przeżyć, przemyśleć, przewartościować.
I jednocześnie czuję, że nadal mam przed sobą ogromną przestrzeń.
Nie mam już potrzeby być „gotowa”.
Nie muszę mieć wszystkiego rozwiązanego.
Nie muszę wiedzieć, gdzie będę za pięć lat.
Chcę mieć kierunek, cele i marzenia, ale zostawiam też miejsce życiu, żeby mogło mnie zaskakiwać.
Być może za kolejne trzy lata przeczytam ten tekst i znowu się uśmiechnę. Być może pomyślę: „gdybyś tylko wiedziała, co jeszcze Cię czeka”. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie.
Bo chyba właśnie na tym polega piękno kolejnych urodzin. Co roku stoimy w tym samym punkcie kalendarza, ale za każdym razem jesteśmy już trochę innym człowiekiem.
Mądrzejszym o kolejne doświadczenia.
Bogatszym o wspomnienia.
Czasami bardziej poobijanym.
Czasami spokojniejszym.
Czasami zupełnie innym, niż rok wcześniej.
I dopóki pojawiają się kolejne urodziny, dopóty pojawia się kolejna szansa, żeby coś przeżyć, zmienić, naprawić, rozpocząć, pokochać, zobaczyć, stworzyć.
Dlatego nie boję się już tak bardzo, że czas płynie.
Patrzę raczej na to, co ze sobą przynosi.
Bo każdy rok coś zabiera, ale każdy również coś daje.
I jestem bardzo ciekawa tego, co przyniesie następny.
Komentarze
Prześlij komentarz