Nie rozumiem nic z tego, co widzę i może właśnie o to chodzi



Są takie zdania, które człowiek czyta i przez chwilę ma ochotę zamknąć książkę, zrobić herbatę i udawać, że nigdy ich nie widział. „Nie rozumiem nic z tego, co widzę w tym pokoju”. No pięknie. Wreszcie jakaś metoda rozwoju osobistego, która zaczyna się od szczerego przyznania: nie mam pojęcia, co się dzieje. I, co ciekawe, może być w tym więcej sensu niż w połowie poradników obiecujących „7 kroków do życia w pełnej harmonii przed śniadaniem”.

Idea ćwiczenia jest prosta: patrzysz na rzeczy tak, jakbyś widział je pierwszy raz. Bez natychmiastowego przypisywania im znaczenia, historii, emocji, ocen i całego tego mentalnego archiwum, które nosimy ze sobą wszędzie. Patrzę więc na kubek. Normalnie mózg robi błyskawicznie: „Kubek. Ten niebieski. Dostałam go wtedy. Lubię go. Ma odprysk. Muszę kupić nowy. W ogóle czemu ja mam tyle kubków?”. A ćwiczenie mówi mniej więcej: spokojnie, to jest po prostu rzecz. I tu zaczynają się schody, bo my właściwie nie patrzymy na rzeczy. My patrzymy na własne historie o rzeczach.

Krzesło nie jest krzesłem. To „to niewygodne krzesło, które miałam wyrzucić trzy lata temu”. Telefon nie jest telefonem. To centrum dowodzenia, źródło dopaminy, kalendarz, praca, wiadomości, zdjęcia, nieodebrane połączenia i lekki niepokój egzystencjalny. Stół nie jest stołem, tylko miejscem, przy którym ktoś kiedyś coś powiedział, albo powierzchnią, na której leży stos papierów przypominający, że organizacja życia nadal jest projektem w fazie beta. I właśnie dlatego pomysł, żeby przez chwilę spojrzeć na wszystko bez swoich skojarzeń, jest tak przewrotny. Nagle okazuje się, że świat jest znacznie mniej obciążony niż nasze interpretacje świata.

„Nie wiem, do czego to służy” brzmi absurdalnie, kiedy patrzymy na coś oczywistego. Oczywiście, że wiem, do czego służy długopis. Do pisania. Ale przecież nie o długopis chodzi. Chodzi o zauważenie, jak błyskawicznie przyklejamy etykiety: dobre, złe, moje, nie moje, lubię, nie lubię, powinno być inaczej. Mózg jest niezwykle sprawnym komentatorem rzeczywistości. Problem w tym, że rzadko bierze urlop. Nawet patrząc przez okno, potrafimy w trzy sekundy przejść od „drzewo” do „ładna pogoda, powinnam więcej wychodzić, za mało się ruszam, od poniedziałku będę chodzić na spacery, tylko w poniedziałek mam dużo pracy…”. I oto staliśmy przy oknie siedem sekund, a już zaplanowaliśmy reformę całego życia.

W tekście pojawia się zachęta, by zachować umysł otwarty i nieskrępowany osądem. Bardzo ładne. Mój umysł tymczasem: „Oczywiście, jestem całkowicie otwarty i nieskrępowany. A tak przy okazji, ta lampa jest brzydka”. I właśnie dlatego to ćwiczenie jest ciekawe. Nie dlatego, że nagle staniemy się ludźmi pozbawionymi opinii, wspomnień i emocji. Chodzi raczej o złapanie tej krótkiej chwili przed interpretacją. Najpierw widzę. Dopiero potem wiem, co o tym myślę. To drobna różnica, ale czasem bardzo uwalniająca.

Najciekawsze zaczyna się wtedy, gdy tę zasadę przeniesiemy z kubków i krzeseł na siebie. Bo być może część rzeczy, które uważamy za absolutne prawdy, jest tylko wielokrotnie powtórzoną interpretacją: „ja już taka jestem”, „zawsze mam pecha”, „nie umiem tego”, „u mnie to się nie uda”. Takie zdania są bardzo wygodne dla umysłu, bo zamykają temat. Wszystko wiadomo. A może czasami warto powiedzieć sobie: „Nie wiem jeszcze, czym naprawdę jest ta sytuacja”. Nie wiem, co dokładnie oznacza. Nie wiem, czy musi skończyć się tak jak poprzednie. Nie wiem, czy dobrze ją rozumiem. I nie jest to bezradność, tylko zostawienie sobie otwartych drzwi.

Można więc zrobić mały eksperyment. Rozejrzeć się po pokoju i patrząc na kolejne rzeczy, powiedzieć w myślach: „Nie wiem, co to dla mnie znaczy”. Biurko. Nie wiem. Zdjęcie. Nie wiem. Telefon. Też nie wiem. Sterta prania? Dobrze, tutaj akurat wiadomo. To konsekwencja złych decyzji z ostatnich trzech dni. Nie popadajmy w mistycyzm. Ale nawet wtedy warto zauważyć, ile historii automatycznie dopowiadamy do tego, co widzimy. Może właśnie na tym polega część wewnętrznego spokoju: nie na znalezieniu odpowiedzi na wszystko, ale na odzyskaniu prawa do powiedzenia „jeszcze nie wiem” i zostawieniu tego bez natychmiastowej analizy, diagnozy i potrzeby naprawiania siebie, świata oraz lampy w salonie. Bo czasami naprawdę nie trzeba rozumieć wszystkiego, co widzimy. Czasami wystarczy po prostu zobaczyć.

Komentarze