Relacje. Zajęło mi około 11 lat, żeby w końcu mieć takie, jakie chciałam.



Nie da się żyć bez ludzi. Można oczywiście przez jakiś czas mieć ich serdecznie dosyć, można marzyć o świętym spokoju, wyłączyć telefon, ograniczyć kontakty i stwierdzić, że najlepiej byłoby zamieszkać gdzieś daleko od wszystkich. Sama nieraz miałam takie momenty. Szczególnie wtedy, kiedy chciałam dla kogoś dobrze, a kończyło się rozczarowaniem, kiedy za dużo dawałam, za dużo tłumaczyłam, za bardzo przejmowałam się czyimś zachowaniem albo po raz kolejny zastanawiałam się, dlaczego ktoś nagle zmienił się wobec mnie o 180 stopni.

Dzisiaj jestem w zupełnie innym miejscu. I chyba mogę powiedzieć, że osiągnęłam jeden ze swoich ważniejszych życiowych celów: mam dobre relacje z ludźmi. Nie idealne, bo takich chyba nie ma. Ale spokojne, prawdziwe, wzajemne i bezpieczne. Zajęło mi to około jedenastu lat.

Największą różnicę widzę w czymś bardzo prostym. Nie boję się już ludzi, których mam blisko. Nie boję się wejść na komunikator i zobaczyć, że czeka tam jakaś dziwna wiadomość. Nie zastanawiam się, czy ktoś nagle się obraził, czy coś źle powiedziałam, czy za chwilę zaczną się niedopowiedzenia, pretensje albo jakaś gra. Nie analizuję kropek, emotikonów i tonu wiadomości. Nie zastanawiam się, czy dzisiaj jestem jeszcze lubiana, skoro wczoraj wszystko było dobrze. To jest ogromny komfort, którego kiedyś nawet nie umiałam sobie wyobrazić.

W nic już nie gram i nie chcę mieć obok siebie ludzi, którzy grają ze mną. Jeżeli coś jest nie tak, można o tym powiedzieć. Jeżeli ktoś ma inne zdanie, również może je mieć. Jeżeli potrzebuje odpocząć albo przez kilka dni się nie odzywa, nie robię z tego katastrofy. Dobra relacja nie rozsypuje się dlatego, że ktoś miał zły dzień, odmówił spotkania albo powiedział: „z tym się nie zgadzam”.

Zrozumiałam też coś jeszcze: warto od czasu do czasu przyjrzeć się własnym kontaktom. Nie temu, ile osób mamy zapisanych w telefonie czy ilu obserwujących na Instagramie, tylko temu, z kim naprawdę rozmawiamy i jak te rozmowy wyglądają. Czy po kontakcie z daną osobą czuję się dobrze, czy jestem zmęczona? Czy rozmawiamy o życiu, planach, pomysłach, czy głównie o innych ludziach? Czy obie strony interesują się sobą, czy jedna osoba tylko opowiada, a druga pełni funkcję darmowej infolinii? Czy kontakt jest wzajemny?

To ostatnie było dla mnie bardzo ważną lekcją. Kiedyś potrafiłam długo podtrzymywać relacje sama. Pisać pierwsza, proponować spotkania, pytać, co słychać, pamiętać o wszystkim. Dzisiaj nadal potrafię zrobić pierwszy krok i nie prowadzę księgowości pod tytułem „ja napisałam trzy razy, teraz twoja kolej”. Ale obserwuję, czy druga strona również chce mnie mieć w swoim życiu. Relacja naprawdę nie powinna przez lata jechać na jednym silniku.

Przestałam również utrzymywać kontakty tylko dlatego, że „tak wypada”. To, że znam kogoś dziesięć lat, nie oznacza automatycznie, że musimy znać się przez kolejne dwadzieścia. To, że kiedyś byliśmy sobie bliscy, nie znaczy, że nadal jesteśmy dla siebie odpowiednimi ludźmi. Można komuś dobrze życzyć i jednocześnie pozwolić mu odejść trochę dalej.

Jednocześnie nauczyłam się nie skreślać człowieka za każdy błąd. To też jest ważne. Każdy czasem powie coś głupiego, zachowa się źle, zawiedzie, zapomni albo odreaguje własne problemy w nieodpowiedni sposób. Ja również. Dlatego staram się patrzeć na zachowanie, ale nie przekreślać od razu całej osoby. Jednorazowy błąd to jedno. Powtarzający się schemat to już coś zupełnie innego.

Nauczyłam się też wybaczać, ale przestałam mylić wybaczenie z obowiązkiem dalszej bliskości. Mogę nie nosić w sobie urazy i jednocześnie nie zaprosić kogoś ponownie do pierwszego rzędu mojego życia. Mogę komuś wybaczyć i nadal pamiętać, czego mnie ta relacja nauczyła. To nie jest zemsta. To doświadczenie.

Bardzo zmieniło się również moje podejście do cudzych opinii. Kiedyś jedno zdanie potrafiło zostać ze mną na długo. Dzisiaj wiem, że nie każda opinia na mój temat wymaga analizy, odpowiedzi albo zmiany mojego życia. Ludzie patrzą przez własne doświadczenia, kompleksy, wartości i oczekiwania. Jeżeli chcę czyjejś rady, pytam. Jeżeli nie chcę — nie muszę przyjmować jej tylko dlatego, że ktoś postanowił mi ją podarować.

I chyba w końcu naprawdę zaakceptowałam prostą rzecz: nie wszyscy muszą mnie lubić. Ja też nie muszę lubić wszystkich. Możemy być wobec siebie uprzejmi, uczciwi i normalni, ale nie musimy mieć ze sobą więzi. To bardzo uwalniające. Dawniej chciałam chyba, żeby z każdym było dobrze. Dzisiaj chcę, żeby było dobrze przede wszystkim z ludźmi, których świadomie mam blisko.

A tych ludzi naprawdę lubię. Niektórych kocham. Z każdym mam swoją własną nić i właśnie to jest dla mnie najpiękniejsze. Z jedną osobą mogę gadać godzinami, z inną mam wspólny humor, z kimś łączą mnie lata wspomnień, z kimś podobne spojrzenie na życie, z kimś praca, z kimś rozmowy o rzeczach bardzo prywatnych. Nie potrzebuję już, żeby jedna osoba była wszystkim. Każda relacja ma swój własny język i własne miejsce.

I wiem, że za każdego z tych ludzi bym się wstawiła. Jeżeli ktoś potrzebuje pomocy, a ja mogę pomóc — zrobię to. Jeżeli komuś dzieje się krzywda, nie będę udawała, że nie widzę. Jeżeli ktoś bezpodstawnie uderza w człowieka, którego znam i cenię, nie będę milczeć dla świętego spokoju.

Najlepsze jest jednak to, że widzę dziś bardzo wyraźnie, że działa to również w drugą stronę. Mam ludzi, którzy staną za mną. Którzy odbiorą telefon. Którzy powiedzą mi prawdę, nawet jeżeli nie będzie wygodna. Którzy nie znikną przy pierwszym problemie. To daje mi ogromne poczucie siły.

Przestałam uważać, że siła oznacza samotne radzenie sobie ze wszystkim. Siłą jest również stworzenie wokół siebie środowiska, w którym ludzie sobie dobrze życzą. Świadomość, że masz swoich ludzi i jesteś czyimś człowiekiem, jest czymś niezwykle cennym.

Bardzo pilnuję też prywatności. Nie wszyscy muszą wiedzieć wszystko. Nie każda osoba, którą znam, musi znać moje problemy, plany, finanse, relacje czy sprawy rodzinne. Dostęp do naszego życia też ma swoje poziomy. Ktoś może być świetnym znajomym i pozostać znajomym. Nie musi automatycznie dostać kluczy do wszystkich pokoi.

Zaczęłam też mocniej zwracać uwagę na środowisko, w którym jestem. Ludzie naprawdę wpływają na siebie bardziej, niż chcielibyśmy przyznać. Jeżeli przez większość czasu otaczają cię osoby, które tylko narzekają, plotkują, wyśmiewają innych i wszędzie widzą problem, trudno całkowicie się od tego odciąć. Jeżeli natomiast jesteś wśród ludzi ciekawych świata, życzliwych, pracowitych, zabawnych, ambitnych albo po prostu dobrych, również zaczynasz łapać ich sposób patrzenia.

Dlatego bardzo nie lubię dziś relacji opartych na obgadywaniu innych. Jeżeli jedynym klejem znajomości jest wspólne komentowanie trzeciej osoby, jest to dla mnie słaby fundament. Poza tym mam prostą zasadę: jeżeli ktoś bez oporów opowiada mi wszystkie sekrety innych ludzi, to prawdopodobnie moje sekrety też kiedyś będą czyjąś rozrywką.

Nie oznacza to oczywiście, że moje relacje są cukierkowe. Wkurzamy się na siebie, czasem się nie zgadzamy, czasem ktoś czegoś zapomni, czasem ja coś zrobię źle. Tylko nie ma w tym ciągłego zagrożenia. Nie ma karania ciszą, sprawdzania lojalności, zazdrości o innych ludzi, testów, prowokacji i zastanawiania się, kto ma przewagę.

Dobre relacje okazały się dużo spokojniejsze, niż kiedyś sądziłam. I chyba dlatego są dobre.

Co ciekawe, właśnie teraz, kiedy mam najlepsze relacje w swoim życiu, najmniej zależy mi na poznawaniu ogromnej liczby nowych osób. Nie zamykam się na ludzi i nadal uwielbiam ciekawe spotkania, ale bardzo rzadko wpuszczam kogoś szybko blisko. Nie dlatego, że jestem nieufna. Po prostu wiem już, ile kosztuje prawdziwa relacja: czas, obecność, pamięć, zainteresowanie, rozmowę, wspólne doświadczenia i zwykłe dbanie o siebie.

Mam ograniczoną ilość czasu i energii, więc wolę przeznaczyć je na ludzi, których już kocham i lubię. Na tych, którzy pamiętają o mnie i o których ja pamiętam. Nie potrzebuję kolekcjonować znajomości.

Gdybym miała więc wypisać swoje zasady relacji po tych około jedenastu latach, wyglądałyby mniej więcej tak:

1. Patrzę, jak czuję się po kontakcie z daną osobą.
2. Nie ciągnę sama relacji, która od dawna nie jest wzajemna.
3. Nie utrzymuję znajomości tylko dlatego, że „tak wypada”.
4. Oceniam konkretne zachowania, a nie skreślam ludzi za pojedynczy błąd.
5. Wybaczam, ale wybaczenie nie oznacza obowiązku ponownego zbliżenia.
6. Nie przyjmuję każdej cudzej opinii jako prawdy o sobie.
7. Nie każdy musi mnie lubić i ja również nie muszę lubić każdego.
8. Nie mówię wszystkim wszystkiego.
9. Zwracam uwagę na to, jakimi ludźmi się otaczam.
10. Nie chcę budować bliskości na plotkowaniu i cudzych problemach.
11. Nie gram i nie zgadzam się na gry.
12. Nie boję się mówić „nie”.
13. Patrzę na wzajemność, nie na deklaracje.
14. Wolę kilka prawdziwych relacji niż setki kontaktów.
15. Dbam o swoich ludzi i pozwalam im dbać o mnie.

Dzisiaj chyba najbardziej cieszy mnie właśnie to ostatnie.

Mam swoich ludzi. Z każdym łączy mnie inna nić. Każdego z nich lubię albo kocham. Za każdego bym się wstawiła i wiem, że wielu z nich bez zastanowienia zrobiłoby to samo dla mnie.

Nie boję się wejść na komunikator. Nie czekam, aż ktoś nagle zmieni się o 180 stopni. Nie zastanawiam się bez końca, co ktoś naprawdę miał na myśli. Nie potrzebuję nikogo zatrzymywać przy sobie na siłę.

Jest mniej ludzi niż kiedyś, ale dużo więcej spokoju, zaufania i bliskości.

I zajęło mi około jedenastu lat, żeby to zbudować.

Dzisiaj wiem, że właśnie te relacje są jedną z moich największych sił.

Komentarze