Romeo i Julia? Nie, dziękuję.
Thank God for lata 90-te w światowej kinematografii.
W polskiej z resztą też.
Możecie się ze mną nie zgodzić, jednak filmy do których notorycznie wracam pochodzą właśnie z tego okresu i maksymalnie zachwycają mnie produkcje wypuszczone w obieg do 2010 roku. Nie mogę patrzeć na rodzime komedie romantyczne, poprawne filmy z Hollywoodu, ani tańczące bollywoodzkie dziewczyny. Choć z drugiej strony, może to ja jestem przaśna. Z tymi prostymi gagami, humorem z Poranku Kojota, zachwytem nad dziwką z Pretty Woman i uznaniem także własnych Siedem win. Trzeba jednak przyznać, że to z tych lat pochodzą perełki kina i filmy nazywane kultowymi, a także aktorzy. Może jestem ignorantem, ale obecnie wszyscy zlewają mi się w jedno. Te same twarze, gesty, historie okraszone politycznymi lub społecznymi wstawkami. Wychodzę z kina.
Wracam do swojego, komfortowego filmu. Choć jest to dramat kryminalny z elementami kina akcji i thrillera. Zapewne z braku poczucia bezpieczeństwa emocjonalnego we własnym domu, pociągają mnie historie, w których jest nieco patologicznie. Umówmy się płatny zabójca, który ratuje dwunastoletnie dziecko i zawiązuje z nim przyjaźń, a w międzyczasie uczy jak całkiem skutecznie oczyszczać świat ze złych ludzi, nie jest opowieścią o 365 dniach spędzonych na rajskiej wyspie, włoskiego amanta.
Pewnie we współczesnych czasach film by nie wyszedł. Przecież na ulicach Nowego Jorku jest bezpiecznie, nie wspominając o Francji. Skorumpowana policja wplątana w handel narkotykami nie istnieje pod rządami Trumpa. Matylda nagrywa rolki na Tik Toka radośnie pląsając, a Leon jako truck driver absolutnie nie pija mleka z laktozą! Z resztą Gary Oldman musiałby być czarny. Hmm... może to byłoby nawet fikuśne. Cieszę się zatem, że Luc Besson w 1994 roku wypuścił ku uciesze gawiedzi Leona Zawodowca.
Dlaczego?
Trudno sobie wyobrazić w rzeczywistości taką historię, ale po to jest film, żeby spełnił nasze skrywane fantazje. Jako dziecko też się czułam samotna. Rozmawiając z dziećmi, które przeszły traumatyczne wydarzenia, z domów dziecka i ubogich rodzin, często słyszę, że marzyły o tym, żeby ktoś je uratował. Przyszedł i wyciągnął z tej matni. Jeśli ktoś jest syty to tego nie zrozumie. Będzie to dla niego opowieść o niedouczonym facecie z półświatka, który najprawdopodobniej ma skłonności pedofilskie i w dodatku wciąga dziewczynkę w krwawy świat zemsty. Dla mnie jest to wyrażenie bólu samotności, niezrozumienia i niedopasowania do wymagań społecznych. Dramat dwóch stron. Zawiedzionych oczekiwań wobec świata, który zmusza do szukania ostatecznych rozwiązań.
W scenie kiedy dziewczynka prosi o otworzenie drzwi, bo zaraz może zginąć, jeśli komisarz ją znajdzie, czuję ten stres, panikę i ulgę, kiedy znajduje schronienie, granicząc z obłędem. Nie snujesz planów. Twoim planem jest przeżyć jeden dzień, potem następny i kolejny. Całe twoje życie ulega drastycznej przemianie, choć nie byłaś na to gotowa. Musisz odnaleźć się natychmiast w nowym świecie, bo w przeciwnym przypadku stracisz życie. Relacja z Leonem jest bezpieczna. Być może po raz pierwszy od lat Matylda jest w centrum i dostaje uwagę, pomoc i coś co się nie zdarza w tym świecie. Jest nietykalna. Wbrew temu co każdy sobie dopowiada między słowami, Leon cały czas odrzuca zaloty dziewczynki, nigdy nie dochodzi między nimi do zbliżenia. Nie wierzę w taką idealistyczną czystość intencji. Nie dlatego, że jest to mężczyzna, ale dlatego, że przy tak silnych emocjach i nurzaniu się w czyjejś krwi, a także dostępności czyjejś obecności na wyciągnięcie ręki, ta historia tak by się nie skończyła w realnym toku wydarzeń. Może dlatego tak lubię ten film. Zabójca z kodeksem moralnym? Oczywiście nie popieram zbrodni, aczkolwiek kto z nas choć raz nie pomyślał, że ktoś go tak skrzywdził, że chciałby pozbyć się tej osoby na zawsze? Ja tak i się tego nie wstydzę.
I tutaj znowu pojawia się rozłam. Jeśli nigdy nikt nie zagroził Ci tak mocno, nie zniszczył twojego świata, wartości, czy nawet zdrowia, to stwierdzisz, że ten film nie powinien istnieć, że jest o chorych psychicznie popaprańcach, żądnych krwi. Jeśli masz problem to zwracasz uwagę sądownie. Jednak rzesza zniszczonych przez przemoc kobiet, mężczyzn wykorzystanych, ludzi doświadczających uciemiężenia, chce zemsty. To tylko film, w rzeczywistości nikogo bym nie chciała tak naprawdę uśmiercić, ale jest coś w tym ekscytującego, kiedy Matylda sprząta świat z Leonem. Wiesz, że już Cię nie skrzywdzi, ani nikogo innego. Sprawiedliwość choć w brutalny sposób została wymierzona.
Odchodząc od głównej historii, być może podnieca mnie też w życiu sprzeczność i dualizm. Uwielbiam kiedy okazuje się, że osoba którą znasz i masz o niej pewne wyobrażenia nagle robi coś zaskakującego. Sama w sobie to lubię. Ktoś spodziewa się po mnie określonej cechy, a tu wychodzi zupełnie ktoś inny, a jednak jestem to nadal ja i w jakiś dziwny sposób jest to spójne. Dlatego też morderca, który nie szasta pieniędzmi, pije mleko zamiast whisky i opiekuje się swoim, kochanym kwiatkiem, trafia w moje serce i myślę, że nie tylko w moje. Podoba mi się jego niewiedza o świecie otaczającym go na co dzień i skupieniu na celu. Lubię też mężczyzn tajemniczych, którzy niewiele o sobie mówią. Morderca z wrażliwym sercem na krzywdę? Może dlatego jest to tak pociągające, bo możliwe do spełnienia...Na pewno w realnym świecie, gdyby taka historia się wydarzyła, dziewczyna po latach miałaby poważne wahania. Czasem by Leona nienawidziła, że ją zniszczył i wciągnął w okropny świat. Czasem by za nim tęskniła. Może by go kochała nadal. Może by została prostytutką. Może by prowadziła kawiarnię. Może by wyjechała, żeby zapomnieć. Może nawet żałowałaby swoich ofiar.
A Leon? Gdyby przeżył, ten film nie miałby takiego ładunku emocjonalnego. Stałby się kolejnym pudrowym cukierkiem Hollywood.
Bridget Jones i Mark Darcy?
Nie dziękuję.





Komentarze
Prześlij komentarz