Kwiaty na chorowanie – moja mała tradycja
Chorowanie nigdy nie jest przyjemne. Nieważne, czy to zwykłe przeziębienie, czy coś bardziej upierdliwego to nagle świat zwalnia, plany się sypią, a humor potrafi polecieć w dół szybciej niż temperatura w zimowy poranek.
Dlatego jakiś czas temu zaczęłam tworzyć sobie małe rytuały, które pomagają mi przejść przez ten czas trochę łagodniej. I tak narodziła się moja mini tradycja, mianowicie kupowanie sobie kwiatów na poprawę nastroju.
Nie wielkich bukietów. Nie „na okazję”.
Tylko pojedynczych kwiatów.
Jest w tym coś niezwykle prostego i jednocześnie kojącego. Wychodzę na chwilę z domu, nawet jeśli mam na sobie tylko sweter narzucony na piżamę, i wybieram jeden kwiat. Taki, który akurat przyciągnie moją uwagę. Czasem to coś delikatnego i subtelnego, a czasem zupełnie odwrotnie, coś dziwnego, nieoczywistego, trochę „innego”.
Moim stałym miejscem jest Galeria Kwiatów na ul. Starowiślnej 95 w Krakowie. To jedno z tych miejsc, które nie próbują być na siłę „instagramowe”, a mimo to mają swój urok. Kwiaty są ciekawe, często nietypowe, ceny naprawdę przystępne, a obsługa po prostu miła, bez zbędnego nadęcia.
Lubię tam wracać właśnie po ten jeden mały element dnia, który coś zmienia.
Bo okazuje się, że taki pojedynczy kwiat potrafi naprawdę dużo. Stoi potem przy łóżku albo na biurku, i przypomina, że nawet w czasie chorowania można znaleźć coś ładnego. Coś, co nie jest związane z lekami, herbatą z imbirem i kolejnym odcinkiem serialu oglądanym półprzytomnie.
To drobiazg, ale robi różnicę.
I chyba o to właśnie chodzi w tych małych tradycjach, żeby dawać sobie trochę czułości wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebujemy.
Jeśli jeszcze nie macie swojego „rytuału na gorsze dni”, to może warto spróbować. Nie musi to być od razu coś wielkiego. Czasem jeden kwiat w zupełności wystarczy. 🌿
Komentarze
Prześlij komentarz