Zapis z pamiętnika — o twarzy, czasie i uważności



Za miesiąc kończę 33 lata.

Nie jest to dla mnie moment przełomowy w takim oczywistym sensie. Bardziej cichy punkt na osi czasu. Taki, w którym coś się nie tyle zmienia, co… wyostrza.

Zaczęłam ostatnio patrzeć na swoją twarz dłużej niż zwykle. Bez pośpiechu. Bez tej pierwszej, automatycznej oceny.

Raczej z ciekawością.

Zauważam rzeczy, które wcześniej gdzieś mi umykały; drobne napięcia wokół ust, sposób w jaki unoszę brwi, zmęczenie zbierające się wokół oczu. To nie są „problemy”. To są sygnały.

I chyba pierwszy raz nie mam potrzeby ich natychmiast naprawiać.

Coraz mniej chodzi mi o to, żeby wyglądać młodziej.
Coraz bardziej, żeby wyglądać jak ja.

Żeby nie zgubić tej twarzy po drodze.

Żeby dobrze się w niej czuć.

To delikatne przesunięcie zmienia bardzo dużo.
Z tej właśnie ciekawości zaczęłam szukać różnych sposobów dbania o siebie. Takich, które nie opierają się na poprawianiu, tylko na rozumieniu.

I wtedy trafiłam na facebuilding.

Na początku był dystans. Może nawet lekki uśmiech pod nosem, ćwiczenia twarzy brzmiały jak coś, co trudno potraktować poważnie.

A jednak coś mnie przy tym zatrzymało.

Może to, że nikt nie obiecywał szybkich efektów.
Może to, że nie było tam walki.

Raczej zaproszenie do procesu.

W tym kontekście pojawiła się Maryna Liakh.

Ma 52 lata. Od 10 lat pracuje z twarzą, od 3 jako trenerka. I to, co mnie poruszyło, to nie spektakularna zmiana, tylko jakość obecności, którą widać w jej twarzy.
Spokój.
Naturalność.
Brak napięcia, które tak łatwo zauważyć u wielu z nas.

To nie jest estetyka „idealna”. To jest estetyka prawdziwa.

Maryna mówi o twarzy w sposób, który zostaje na dłużej. Nie jako o czymś oddzielonym od reszty ciała, ale jako o miejscu, w którym wszystko się spotyka.

Emocje.
Stres.
Codzienność.

Zaczęłam zauważać, jak często nieświadomie zaciskam szczękę. Jak napięcie pojawia się szybciej, niż zdążę je nazwać. Jak oczy, podobno najtrudniejsze do pracy, bo zdradzają więcej, niż chciałabym czasem pokazać.

I jednocześnie jak niewiele trzeba, żeby coś się rozluźniło.
Trochę uwagi.
Trochę oddechu.
Odrobina regularności.
Coraz wyraźniej widzę też, że to nie jest osobna „technika”, tylko fragment większej całości.

Nawodnienie.
To, co jem.
Czy palę, czy nie.
Jak dbam o skórę.

To wszystko nie działa obok siebie tylko razem.

I może właśnie to jest w tym najbardziej uczciwe.

Nie ma tu prostych skrótów. Ale też nie ma presji.

Jest wybór.

Wiem, że niektóre kobiety łączą tę pracę z medycyną estetyczną. I to też ma dla mnie sens o ile wynika ze świadomości, a nie z lęku.

Dla mnie jednak najważniejsze jest coś innego.

To, że przestaję myśleć o twarzy jak o czymś, co trzeba poprawić.

Zaczynam myśleć o niej jak o czymś, o co można się zatroszczyć.

I to zmienia wszystko.
Jeśli ktoś czytając to poczuje w sobie choć odrobinę podobnej ciekawości, można po prostu zajrzeć do Maryny. Zobaczyć, jak pracuje, posłuchać jej, sprawdzić, czy to rezonuje.

Bez decyzji.
Bez zobowiązań.

Czasem wystarczy samo spotkanie z inną perspektywą.
Zostawiam jej miejsca w sieci:

Instagram facetrening: Kliknij
YouTube / zapisy na warsztaty Kliknij
Facebook facetrening: Kliknij

A reszta, jak mam wrażenie i tak dzieje się we własnym tempie.

Komentarze