Zielone Tarasy – miejsce, do którego się wraca (i to nie raz)

Czasem najlepsze historie zaczynają się zupełnie niewinnie. Rok temu, w jeden z tych pierwszych naprawdę ciepłych majowych dni, uciekłam na chwilę z pracy do parku. Taka mała przerwa od codzienności, bo wyszło trochę słońca, trochę zieleni i szybkie spotkanie z przyjaciółką. Miało być krótko i spokojnie… ale skończyło się odkryciem miejsca, które dziś jest już naszym małym rytuałem.
To właśnie wtedy padło hasło: „Skoro już robisz wagary, to chodźmy do
Zielonych Tarasów, bo jeszcze tam razem nie byłyśmy”.
I tak się zaczęło.
Ta restauracja znajduje się w Krakowie, przy al. Słowackiego 64 na dachu budynku, co już samo w sobie brzmi trochę wyjątkowo. I faktycznie takie jest. Z tarasu rozciąga się widok na całe miasto, więc widać Kraków jak na dłoni, a przy dobrej pogodzie nawet Beskidy, a czasem i Tatry. 
To jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę chce się usiąść na dłużej i po prostu patrzeć.
Od tamtej pory wracamy tam regularnie, na pewno obowiązkowo co najmniej dwa razy w miesiącu. Mamy nawet swój stały punkt programu: fondant czekoladowy, który absolutnie skradł nasze serca. Ten deser to już nie tylko smak, ale też pretekst, żeby się spotkać, pogadać i na chwilę zatrzymać czas. Aga poleca deser z watą cukrową, bo jest obłędny i bezglutenowy. 
Ale Zielone Tarasy to nie tylko desery. To też naprawdę dobre obiady takie, które potrafią uratować dzień. W menu znajdziesz zarówno klasyki kuchni polskiej, jak schabowy czy de volaille, jak i bardziej nowoczesne propozycje, np. burgery, pizze czy dania wegetariańskie i wegańskie. 
Są sycące, dopracowane i widać, że przygotowywane z dobrych składników a to czuć w każdym kęsie.
Duży plus za wybór również dla osób na diecie bezglutenowej czy roślinnej. Każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie od tego, czy wpadasz tylko na lunch w przerwie pracy, czy planujesz dłuższe spotkanie.
Ostatnio, ze względów zdrowotnych, musiałam pożegnać się z alkoholem. Trochę szkoda, wiadomo. Ale zamiast rezygnować z naszych spotkań, zrobiłam sobie „dzień drinkowy” po raz ostatni właśnie tam. I wiecie co? Wcale nie czułam, że coś tracę. To miejsce potrafi dopasować się do momentu, w którym jesteś.
Ogromnym plusem jest też obsługa. Naprawdę. Miła, uśmiechnięta, naturalna taka, która nie udaje. I jest coś bardzo przyjemnego w tym momencie, kiedy zaczynają cię rozpoznawać. Kiedy wchodzisz i czujesz się trochę „u siebie”.
To nie jest artykuł sponsorowany. To po prostu szczera historia miejsca, które z wielu powodów stało się dla nas ważne. Takie, do którego się wraca czy to dla widoku, dla jedzenia i dla tej spokojnej, dobrej atmosfery.
Jeśli traficie tam przypadkiem, jest spora szansa, że… też zostaniecie na dłużej.

Komentarze